piątek, 7 czerwca 2013

Part for, czyli żywa lekcja historii

Stałam pod drzwiami kawałek czasu, zanim Liv zdecydowała się otworzyć.
- Ty wiesz, dostałam pracę! - oznajmiłam, niesamowicie dumna z samej siebie.
 - Fajnie. - Skomentowała.
- A, i patrz na to! - Pokazałam jej garść paczuszek w kilku kolorach - te robią smród, a te zasłonę dymną. O, te czerwone są do obrony, to gaz pieprzowy! Trzymaj, jakby coś - dodałam, podając jej po dwie sztuki każdego koloru.
- Dzięki. A to co? - Wskazała na czarny zegarek na moim nadgarstku.
- No, właśnie, miałam Ci opowiedzieć! - zaczęłam, podekscytowana - Wyobraź sobie, siedzę sobie przy ladzie aż tu odzywa się do mnie taki facet....
- Pytając, czy się z nim ożenisz? - przerwała mi Liv - A zegarek robi za pierścionek zaręczynowy!
- Nie, zupełnie nie tak! Gapi się na moją koszulkę, i pyta, czy chcę poznać moich idoli. Ja na to, że tak, ale John i George przecież nie żyją, a trupa nie wskrzesi. Mruknął coś o czasie, dał czasomierze sztuk dwie, kartkę, a potem sobie poszedł.
- Szalony Zegarmistrz wybrał Cię na królika doświadczalnego?
- No, tak jakby. Tylko dał dwa zegarki. Dla dwóch osób.
- Nie filozofujmy. Pokaż kartkę.
Posłusznie podałam jej papier. Liv przez chwilę wodziła wzrokiem, po czym oddała ów intrygujący przedmiot w moje ręce.
Bla bla bla, bateria, ładowanie, bla bla bla, oczojebny kolor, bla bla bla. Moją uwagę przykuło post scriptum 'PS: Pozdrów Liwię'. Skąd facet wiedział, że się znamy? Może sam trochę poskakał w czasie, i wiedział że jesteśmy we dwie?
- Liv, czy ty to widzisz? To może być prawda! Skąd wiedział?
- Nie gadaj, to brzmi jak S-F klasy Z.
- To tym bardziej powinnyśmy spróbować. Jeśli masz rację, nic się nie stanie.
- I tu mnie zagięłaś. Daj te zegarki, muszą być tak samo ustawione.
Oba zegarki trafiły do rąk Liv, która przestawiła jeden z nich tak, by wskazywał to samo co drugi, czyli lata 60. Zarzuciłam na ramię plecak, założyłam czasomierz na nadgarstek. Złapałyśmy się za ręce i jednocześnie wcisnęłyśmy małe, zielone przyciski.
Buuum. Bach.

Z perspektywy Liv: 


Przetarłam po raz kolejny oczy, ale obraz nie chciał zniknąć.
-Gdzie my jesteśmy?-Zapytałam, rozglądając się. Zewsząd otaczały nas drzewa i gęsta trawa, co ewidentnie świadczyło o tym, że jesteśmy daleko od Los Angeles, a może nawet Kalifornii.
-Liv...Udało się! Cofnęłyśmy się w czasie!- Krzyknęła podekscytowana Talia. Nie bardzo chciało mi się w to wierzyć. Podróże w czasie nie są możliwe! I raczej nie będą w najbliższej przyszłości! Może po prostu się naćpałyśmy? Kto wie, co było w tej kawie, którą wypiłyśmy rano... Schyliłam się i zaczęłam szukać kamieni. Jak to było? Mech na kamieniach wskazywał północ czy południe? W końcu zidentyfikowałam właściwy kierunek i postanowiłam przetestować swoją umiejętność biegacza terenowego. Ponoć każdy ją posiada...
-Hej, co ty odwalasz!?-Talia dogoniła mnie bez problemu w parę sekund.
-Podobno na północy zawsze znajduję się cywilizacja!- Nagle rozległ się niesamowicie głośny huk, a zaraz po nim donośny krzyk jakiegoś mężczyzny. Spokojny do tej pory las wypełniły przerażające odgłosy. Spojrzałyśmy na siebie ze strachem, bo żadna z nas nie wiedziała co robić. Uciekać? Zostać? Ukryć się? Z tej odległości doskonale słyszałyśmy każdy wystrzał z karabinu, każdy wybuch granatu i każdy jęk człowieka żegnającego się ze światem. Osłupiałe wpatrywałyśmy się przed siebie, niezdolne nawet się odezwać. Poczułam jak czyjaś ręka zaciska się na moim karku, ale zanim zdążyłam krzyknąć, straciłam przytomność od mocnego uderzenia w tył głowy.
***
Ocknęłam się dopiero w samochodzie, o ile w ogóle można było tak to nazwać. Przypominało to raczej małą ciężarówkę do przewozu ludzi. Śmiertelnie przestraszonych, milczących i pozbawionych nadziei ludzi. Gdzieś w kącie cicho łkała kobieta. Opanowało mnie przygnębienie, gdy zorientowałam się, że nie ma tu Talii.
-Nie możemy się poddać!-Krzyknął jakiś młody chłopak po polsku.
-Chłopcze, uspokój się! Spróbuj tylko się im sprzeciwić, a rozstrzelają cię jak kaczkę!-Skarciła go kobieta o złowrogim wyrazie twarzy. Teraz nie miałam już wątpliwości, że znajduję się w swojej ojczyźnie.
-Wiem jak możemy stąd uciec! To nasza ostatnia szansa!-Zignorowali go. Nie chcieli próbować, bo bali się konsekwencji. Wzruszył ramionami, podszedł do drzwi i zaczął majstrować przy zamku, usiłując otworzyć go za pomocą niewielkiego drucika. Szło mu to opornie, ponieważ kawałek miedzianego druta był zbyt giętki.
-Trzymaj, to powinno wystarczyć.-Podałam mu wsuwkę do włosów, kucając obok niego. Uśmiechnął się przyjaźnie i wreszcie usłyszeliśmy zbawienny szczęk zamka. Kopnął metalowe drzwiczki i mocno chwycił mnie za rękę.
-Skaczemy na trzy! Raz...dwa...trzy!-Wyskoczyliśmy z więźniarki prosto na asfaltową drogę. Pomimo bolesnego lądowania musieliśmy się szybko podnieść. Kierowca zahamował gwałtownie, gdy zorientował się co zaszło. Pędziliśmy przed siebie, skręcając w wąskie uliczki jednocześnie potrącając przechodniów. Zwolniliśmy dopiero wtedy, gdy upewniliśmy się, że nikt za nami nie biegnie.
-To już drugi raz w tym tygodniu! Chyba muszę być bardziej ostrożny...A tak przy okazji, jestem Adam.
-Liwia, ale mów mi Liv.
-Jeśli nie masz nic przeciwko, zabiorę cię do naszej bazy, bo i tak jestem już spóźniony.-Kiwnęłam twierdząco głową. Niedługo potem staliśmy już pod starą, zniszczoną kamienicą, która pełniła rolę głównej siedziby partyzantów. Teraz wiedziałam już, że Talia miała rację. Bo jak inaczej można wyjaśnić fakt, że znalazłyśmy się w Polsce podczas II wojny światowej? 

Oczami Talii:

Ocknęłam się. Otworzyłam oczy, i spostrzegłam że nie leżę w wysokiej trawie gdzie upadłam, a pod ścianą jakiegoś pomieszczenia. Nade mną pochylał się chłopak o blond włosach, ubrany w zielonkawą koszulę . Na piersi miał przyczepioną 'Polskę Walczącą'. Taki sam symbol widniał wymalowany korektorem na moim plecaku, w celu wkurwienia pani od niemieckiego.
- Kim jesteś? - Padło pytanie w moim ojczystym języku.
- Alek, ma wymalowaną Polskę Walczącą, nie może być Niemką. - Dorzucił jakiś chłopak. Miał długie, czarne włosy związane w koński ogon.  - Po za tym jest za ładna na niemiecką szmatę. - Dodał, przyglądając mi się uważnie.
- Dziękuję ślicznie. Talia, Polka krwią i sercem. - Odparłam.
- Michał. A ten tu, to Alek. Jako PL...
- Cicho sza! - Warknął blondyn. - Nie musisz wszystkim rozgadywać.
- PLANowcy, nie? Mali sabotażyści? - Zapytałam. Okej, cztery z histy, ale na lekcjach o walce z okupantami uważałam.
- Ona jest szpiegiem! Specjalnie  jakąś ładną wybrali! - Oburzył się Alek.
- Cholera jasna, jestem POLKĄ. Jak kurwa wy. Nie rzucim ziemi skąd nasz ród, nie damy pogrześć mowy, Polski my naród, Polski ród, Królewski szczep piastowy! - Odśpiewałam jedyny kawałek Roty który pamiętałam.  - Jak wam przeszkadzam, to spoko. Pójdę sobie, wymaluję Polskę Walczącą na Warszawskiej syrence i wtedy pogadamy. - Dodałam. zbierając się z podłogi. Otrzepałam się z kurzu, zarzuciłam plecak na ramię i skierowałam się do dziury w podłodze.
- Stój! - krzyknął za mną Michał. Obróciłam się na pięcie. - Nie możesz. Musimy działać wspólnie. Sama sobie nie poradzisz.
- Poradzę.
- Tak? Jak niby? Mamy 1 października '39, wiesz co to znaczy? Miesiąc okupacji hitlerowców i dwa tygodnie ZSSR. Dwa dni temu upadła Warszawa.
- Tym bardziej! Wszędzie zamęt, pełno ludzi, nikt nie zwraca uwagi na jedną zagubioną dziewczynę.
- Jak tak bardzo chcesz się wykazać, idziesz z nami. Umiesz coś pożytecznego, nie?
- Uczennica iluzjonisty.
- Czyli co?
- Kryję się w cieniu, jednym ruchem wywołuję dym. Sztuczki karciane, takie sprawy. I odznakę marynarską mam, jako tako znam się na opatrywaniu ran.
- To się dobrze składa, bo się wybieramy do Gdańska, na ORP Błyskawica.
- Alek też?
- Yhym. Nie przejmuj się nim. Jest po prostu poddenerwowany. Przyłączymy się do Szarych Szeregów, będzie raźniej. Planowo ruszamy za  dwa dni.

***
Dwa dni upłynęły na snuciu marzeń i planów. Każde z nas marzyło o tym, by odzyskać niepodległość. Umrzeć za te sześćdziesiąt lat jako wolny człowiek. Rozmowy o tym, co będzie, jeśli któreś z nas zginie, unikaliśmy jak ognia. Nocami zasłanialiśmy okna kocami i modliliśmy się, by na nasz dom nie trafili wrodzy żołnierze. Gdy  kilkaset metrów od nas wybuchały bomby, byłam przerażona. Ta świadomość, że możemy zginąć, ot tak, po prostu, była straszna. Jesteś sobie, a  potem -jeb!- i już cię nie ma, bo jakiś pilot wybrał tą ruderę na cel. A  Ty nie możesz nic, absolutnie nic zrobić. W takich chwilach, gdy Alek gdzieś znikał, siedziałam wtulona w Michała, który starał się mnie uspokoić głaszcząc po głowie. Wojna... ona jest okropna. To nie jest tak, że to tylko bohaterskie czyny. Tutaj giną ludzie, tutaj pełno łez, bólu, cierpienia, strachu. Ale jest i odwaga, adrenalina. Człowiek potrzebuje kogoś, kto pocieszy, przytuli, kogoś kto odgoni strach. Potrzebują siebie nawzajem, i to ich zbliża. 
 ***
Wstałam, nieco obolała. Wyjęłam z plecaka, który służył mi za poduszkę, czarny długopis i starannie zamalowałam Polskę Walczącą. Kobiecym sposobem zmieniłam koszulkę nie pokazując stanika.  Bułkę otrzymaną od chłopaków włożyłam do plecaka. Prawie pustą butelkę napełniłam wodą z kranu. 
- Nie uda nam się. Nie trafimy. Zajebią nas. - Zaczął marudzić Michał. Podeszłam do niego i przytuliłam
- Słuchaj, damy radę, rozumiesz? Przeżyjemy! Kurwa, wywalczymy sobie nawet pierdoloną wolność. Ja w to wierzę, ty też musisz. Nie będzie dobrze, ale będzie lepiej. Cholera jasna, skopiemy tyłki tym szkopom, ruskim też!
- Talia ma rację. - przyznał Alek. Uśmiechnęłam się triumfalnie. 
Gdy zniknął za drzwiami, wspięłam się na palce i pocałowałam Michała w policzek. 
- Damy radę. Razem. - Szepnęłam. Na jego twarzy pojawił się blady uśmiech. Pociągnęłam chłopaka do wyjścia.

Z perspektywy Liv:

Na wielkim, drewnianym stole leżały sterty map, które pokreślone były atramentem. Każda siedziba Gestapo zaznaczona była wielkim krzyżykiem, natomiast najczęściej patrolowane przez szpiegów ulice oznaczone zostały literą "S". We wszystko wprowadził mnie Adam razem z Pigułą. Piguła była jedyną kobietą w oddziale. Tak naprawdę miała na imię Anna i zanim wybuchła wojna, pracowała jako pielęgniarka w warszawskim szpitalu. Dołączyła do ruchu oporu parę dni po tym, jak na własne oczy przekonała się o okrucieństwie metod stosowanych przez okupantów. Poza nią i Adamem było jeszcze trzech licealistów i dwóch studentów. Reszta, jak się dowiedziałam, znajdowała się w Gdańsku z misją specjalną, której szczegółów nie chcieli zdradzić.
-Kto pełni dzisiaj wartę?-Zapytał Tomek, wyglądając przez szpary w zabitym deskami oknie. Czarnowłosy był najstarszy i pełnił rolę przywódcy. To on zezwalał na przeprowadzenie jakiejkolwiek akcji i odpowiadał za bezpieczeństwo dokumentów. Gdyby znalazły się one w rękach wroga, prawdopodobnie każdy z tutaj obecnych, trafiłby do obozu. Dlatego właśnie wprowadzone zostały warty. W razie niebezpieczeństwa, obecni na posterunku mogli zniszczyć obciążające dokumenty. 
-Ja i Adam-Odezwał się jeden z licealistów. 
-Dobrze, w takim razie uważajcie na siebie, a reszta niech idzie do domu. Tylko nie dajcie się złapać!-Po chwili zastanowienia przywołał mnie do siebie.
-Liwia, jeśli naprawdę chcesz dołączyć do nas, muszę cię sprawdzić. Zostaniesz dzisiaj z chłopakami. Chyba nie masz żadnych planów?
- Zostanę!-Ucieszyłam się, bo to rozwiązało część moich problemów. Nie musiałam szukać miejsca na nocleg. Parę godzin później, zapadł zmrok. Zapaliliśmy kilka świec, żeby cokolwiek widzieć, a przy tym nie zwracać uwagi zbyt mocnym światłem. Zapowiadała się długa, bezsenna noc.Usadowiłam się wygodnie w kącie, skąd miałam doskonały widok na resztę pomieszczenia. 
-Prześpij się. Wyglądasz na zmęczoną, a poza tym i tak nigdy nic się nie dzieję. To trochę wyludniona okolica i nikt się tu nie kręci po zmroku.-Kiwnęłam twierdząco głową i uśmiechnęłam się z wdzięcznością. Marzyłam o śnie. 
-Obudźcie mnie, jak będę wam potrzebna.- Nie pamiętam czy cokolwiek odpowiedzieli, ponieważ natychmiast zasnęłam.  
***
-Liwia! Obudź się!- Blondyn o imieniu Bartek, potrząsał mocno moim ramieniem. Na jego twarzy gościło przerażenie. Podniosłam się szybko, nie mając pojęcia o co chodzi.
-Mają nas!
-Co!?-Wbiłam wzrok w Adma.
-Jak to co!? Tu nie ma nic do nierozumienia! Ktoś puścił farbę, więc przyszli tu po nas!- Zirytował się Bartek.
-Ale kto to zrobił?-Nie mogłam uwierzyć w to co usłyszałam.
-Nie wiem! To mógł być każdy...
-To nie czas na pogaduszki do jasnej cholery! Zaraz rozwalą drzwi i nas zabiją, a mamy jeszcze robotę do wykonania!- Chłopak miał rację.
-Aufmachen!*- Krzyknął ktoś po niemiecku i zaczął walić pięścią w drzwi. Zawtórowało mu kilka innych głosów. Wyrwało mnie to z otępienia i podbiegłam do stołu. Strąciłam wszystkie papiery na ziemię i zabrałam się za opróżnianie szuflad. Moi towarzysze gapili się na mnie ze zdziwieniem, kiedy na samym środku zgromadziłam wszystkie niebezpieczne dowody. Drżącymi dłońmi odpaliłam jednocześnie dwie zapałki rzucając je w kierunku wielkiej sterty. To samo uczyniłam z całym pudełkiem. Wystarczyło zaledwie parę minut, aby gromadzone przez miesiąc akta, plany, mapy i inne materiały tego typu zajęły się ogniem. Adam poklepał mnie po plecach z uznaniem. 
-Uciekniemy przez okno! Musicie tylko oderwać jakoś te kawałki drewna! Ja spróbuję ich jakoś zatrzymać.-Brunet natychmiast znalazł się przy drzwiach, usiłując blokować je własnym ciężarem. Niebieskooki wyciągnął śrubokręt z zamiarem obluzowania śrub. Uwijał się z tym tak szybko, jak tylko potrafił. Natomiast ja próbowałam za wszelką cenę oderwać deski. Zdawało mi się, że to wszystko trwa wieki, a przecież dla nas cenna była każda sekunda. Właśnie pozbyliśmy się ostatniej deski, kiedy rozległa się seria strzałów. Ze strachem spojrzałam na Adama, który zgiął się w pół. Jego koszula miejscami przybrała czerwony kolor, a po dłoniach przyciśniętych do brzucha, spływała krew. 
-Adam!-Wrzasnęłam, a po policzkach popłynęły mi łzy. Chłopak uśmiechnął się do mnie i upadł na kolana. 
-Liwia, musimy się stąd wynieść...
-Ja nigdzie nie idę! Nie możemy go tak zostawić!- Wydarłam się na stojącego obok mnie Bartka.
-Liv, uciekaj. Nie przejmują się mną.-Wyszeptał brązowooki i wykrzywił się z bólu.
-Nie!
-Bartek, zabierz ją.- Tamten, pomimo moich protestów, wziął mnie na ręce i przerzucił przez okno, ponieważ szyba już dawno została wybita. Po raz drugi tego dnia musiałam przeżyć zderzenie z  twardą powierzchnią. Następnie sam się wydostał i pomógł mi wstać. Zaczęliśmy biec w bliżej nieokreślonym kierunku, cierpiąc z powodu utraty przyjaciela.

* z niemieckiego - otwierać