piątek, 7 czerwca 2013

Part for, czyli żywa lekcja historii

Stałam pod drzwiami kawałek czasu, zanim Liv zdecydowała się otworzyć.
- Ty wiesz, dostałam pracę! - oznajmiłam, niesamowicie dumna z samej siebie.
 - Fajnie. - Skomentowała.
- A, i patrz na to! - Pokazałam jej garść paczuszek w kilku kolorach - te robią smród, a te zasłonę dymną. O, te czerwone są do obrony, to gaz pieprzowy! Trzymaj, jakby coś - dodałam, podając jej po dwie sztuki każdego koloru.
- Dzięki. A to co? - Wskazała na czarny zegarek na moim nadgarstku.
- No, właśnie, miałam Ci opowiedzieć! - zaczęłam, podekscytowana - Wyobraź sobie, siedzę sobie przy ladzie aż tu odzywa się do mnie taki facet....
- Pytając, czy się z nim ożenisz? - przerwała mi Liv - A zegarek robi za pierścionek zaręczynowy!
- Nie, zupełnie nie tak! Gapi się na moją koszulkę, i pyta, czy chcę poznać moich idoli. Ja na to, że tak, ale John i George przecież nie żyją, a trupa nie wskrzesi. Mruknął coś o czasie, dał czasomierze sztuk dwie, kartkę, a potem sobie poszedł.
- Szalony Zegarmistrz wybrał Cię na królika doświadczalnego?
- No, tak jakby. Tylko dał dwa zegarki. Dla dwóch osób.
- Nie filozofujmy. Pokaż kartkę.
Posłusznie podałam jej papier. Liv przez chwilę wodziła wzrokiem, po czym oddała ów intrygujący przedmiot w moje ręce.
Bla bla bla, bateria, ładowanie, bla bla bla, oczojebny kolor, bla bla bla. Moją uwagę przykuło post scriptum 'PS: Pozdrów Liwię'. Skąd facet wiedział, że się znamy? Może sam trochę poskakał w czasie, i wiedział że jesteśmy we dwie?
- Liv, czy ty to widzisz? To może być prawda! Skąd wiedział?
- Nie gadaj, to brzmi jak S-F klasy Z.
- To tym bardziej powinnyśmy spróbować. Jeśli masz rację, nic się nie stanie.
- I tu mnie zagięłaś. Daj te zegarki, muszą być tak samo ustawione.
Oba zegarki trafiły do rąk Liv, która przestawiła jeden z nich tak, by wskazywał to samo co drugi, czyli lata 60. Zarzuciłam na ramię plecak, założyłam czasomierz na nadgarstek. Złapałyśmy się za ręce i jednocześnie wcisnęłyśmy małe, zielone przyciski.
Buuum. Bach.

Z perspektywy Liv: 


Przetarłam po raz kolejny oczy, ale obraz nie chciał zniknąć.
-Gdzie my jesteśmy?-Zapytałam, rozglądając się. Zewsząd otaczały nas drzewa i gęsta trawa, co ewidentnie świadczyło o tym, że jesteśmy daleko od Los Angeles, a może nawet Kalifornii.
-Liv...Udało się! Cofnęłyśmy się w czasie!- Krzyknęła podekscytowana Talia. Nie bardzo chciało mi się w to wierzyć. Podróże w czasie nie są możliwe! I raczej nie będą w najbliższej przyszłości! Może po prostu się naćpałyśmy? Kto wie, co było w tej kawie, którą wypiłyśmy rano... Schyliłam się i zaczęłam szukać kamieni. Jak to było? Mech na kamieniach wskazywał północ czy południe? W końcu zidentyfikowałam właściwy kierunek i postanowiłam przetestować swoją umiejętność biegacza terenowego. Ponoć każdy ją posiada...
-Hej, co ty odwalasz!?-Talia dogoniła mnie bez problemu w parę sekund.
-Podobno na północy zawsze znajduję się cywilizacja!- Nagle rozległ się niesamowicie głośny huk, a zaraz po nim donośny krzyk jakiegoś mężczyzny. Spokojny do tej pory las wypełniły przerażające odgłosy. Spojrzałyśmy na siebie ze strachem, bo żadna z nas nie wiedziała co robić. Uciekać? Zostać? Ukryć się? Z tej odległości doskonale słyszałyśmy każdy wystrzał z karabinu, każdy wybuch granatu i każdy jęk człowieka żegnającego się ze światem. Osłupiałe wpatrywałyśmy się przed siebie, niezdolne nawet się odezwać. Poczułam jak czyjaś ręka zaciska się na moim karku, ale zanim zdążyłam krzyknąć, straciłam przytomność od mocnego uderzenia w tył głowy.
***
Ocknęłam się dopiero w samochodzie, o ile w ogóle można było tak to nazwać. Przypominało to raczej małą ciężarówkę do przewozu ludzi. Śmiertelnie przestraszonych, milczących i pozbawionych nadziei ludzi. Gdzieś w kącie cicho łkała kobieta. Opanowało mnie przygnębienie, gdy zorientowałam się, że nie ma tu Talii.
-Nie możemy się poddać!-Krzyknął jakiś młody chłopak po polsku.
-Chłopcze, uspokój się! Spróbuj tylko się im sprzeciwić, a rozstrzelają cię jak kaczkę!-Skarciła go kobieta o złowrogim wyrazie twarzy. Teraz nie miałam już wątpliwości, że znajduję się w swojej ojczyźnie.
-Wiem jak możemy stąd uciec! To nasza ostatnia szansa!-Zignorowali go. Nie chcieli próbować, bo bali się konsekwencji. Wzruszył ramionami, podszedł do drzwi i zaczął majstrować przy zamku, usiłując otworzyć go za pomocą niewielkiego drucika. Szło mu to opornie, ponieważ kawałek miedzianego druta był zbyt giętki.
-Trzymaj, to powinno wystarczyć.-Podałam mu wsuwkę do włosów, kucając obok niego. Uśmiechnął się przyjaźnie i wreszcie usłyszeliśmy zbawienny szczęk zamka. Kopnął metalowe drzwiczki i mocno chwycił mnie za rękę.
-Skaczemy na trzy! Raz...dwa...trzy!-Wyskoczyliśmy z więźniarki prosto na asfaltową drogę. Pomimo bolesnego lądowania musieliśmy się szybko podnieść. Kierowca zahamował gwałtownie, gdy zorientował się co zaszło. Pędziliśmy przed siebie, skręcając w wąskie uliczki jednocześnie potrącając przechodniów. Zwolniliśmy dopiero wtedy, gdy upewniliśmy się, że nikt za nami nie biegnie.
-To już drugi raz w tym tygodniu! Chyba muszę być bardziej ostrożny...A tak przy okazji, jestem Adam.
-Liwia, ale mów mi Liv.
-Jeśli nie masz nic przeciwko, zabiorę cię do naszej bazy, bo i tak jestem już spóźniony.-Kiwnęłam twierdząco głową. Niedługo potem staliśmy już pod starą, zniszczoną kamienicą, która pełniła rolę głównej siedziby partyzantów. Teraz wiedziałam już, że Talia miała rację. Bo jak inaczej można wyjaśnić fakt, że znalazłyśmy się w Polsce podczas II wojny światowej? 

Oczami Talii:

Ocknęłam się. Otworzyłam oczy, i spostrzegłam że nie leżę w wysokiej trawie gdzie upadłam, a pod ścianą jakiegoś pomieszczenia. Nade mną pochylał się chłopak o blond włosach, ubrany w zielonkawą koszulę . Na piersi miał przyczepioną 'Polskę Walczącą'. Taki sam symbol widniał wymalowany korektorem na moim plecaku, w celu wkurwienia pani od niemieckiego.
- Kim jesteś? - Padło pytanie w moim ojczystym języku.
- Alek, ma wymalowaną Polskę Walczącą, nie może być Niemką. - Dorzucił jakiś chłopak. Miał długie, czarne włosy związane w koński ogon.  - Po za tym jest za ładna na niemiecką szmatę. - Dodał, przyglądając mi się uważnie.
- Dziękuję ślicznie. Talia, Polka krwią i sercem. - Odparłam.
- Michał. A ten tu, to Alek. Jako PL...
- Cicho sza! - Warknął blondyn. - Nie musisz wszystkim rozgadywać.
- PLANowcy, nie? Mali sabotażyści? - Zapytałam. Okej, cztery z histy, ale na lekcjach o walce z okupantami uważałam.
- Ona jest szpiegiem! Specjalnie  jakąś ładną wybrali! - Oburzył się Alek.
- Cholera jasna, jestem POLKĄ. Jak kurwa wy. Nie rzucim ziemi skąd nasz ród, nie damy pogrześć mowy, Polski my naród, Polski ród, Królewski szczep piastowy! - Odśpiewałam jedyny kawałek Roty który pamiętałam.  - Jak wam przeszkadzam, to spoko. Pójdę sobie, wymaluję Polskę Walczącą na Warszawskiej syrence i wtedy pogadamy. - Dodałam. zbierając się z podłogi. Otrzepałam się z kurzu, zarzuciłam plecak na ramię i skierowałam się do dziury w podłodze.
- Stój! - krzyknął za mną Michał. Obróciłam się na pięcie. - Nie możesz. Musimy działać wspólnie. Sama sobie nie poradzisz.
- Poradzę.
- Tak? Jak niby? Mamy 1 października '39, wiesz co to znaczy? Miesiąc okupacji hitlerowców i dwa tygodnie ZSSR. Dwa dni temu upadła Warszawa.
- Tym bardziej! Wszędzie zamęt, pełno ludzi, nikt nie zwraca uwagi na jedną zagubioną dziewczynę.
- Jak tak bardzo chcesz się wykazać, idziesz z nami. Umiesz coś pożytecznego, nie?
- Uczennica iluzjonisty.
- Czyli co?
- Kryję się w cieniu, jednym ruchem wywołuję dym. Sztuczki karciane, takie sprawy. I odznakę marynarską mam, jako tako znam się na opatrywaniu ran.
- To się dobrze składa, bo się wybieramy do Gdańska, na ORP Błyskawica.
- Alek też?
- Yhym. Nie przejmuj się nim. Jest po prostu poddenerwowany. Przyłączymy się do Szarych Szeregów, będzie raźniej. Planowo ruszamy za  dwa dni.

***
Dwa dni upłynęły na snuciu marzeń i planów. Każde z nas marzyło o tym, by odzyskać niepodległość. Umrzeć za te sześćdziesiąt lat jako wolny człowiek. Rozmowy o tym, co będzie, jeśli któreś z nas zginie, unikaliśmy jak ognia. Nocami zasłanialiśmy okna kocami i modliliśmy się, by na nasz dom nie trafili wrodzy żołnierze. Gdy  kilkaset metrów od nas wybuchały bomby, byłam przerażona. Ta świadomość, że możemy zginąć, ot tak, po prostu, była straszna. Jesteś sobie, a  potem -jeb!- i już cię nie ma, bo jakiś pilot wybrał tą ruderę na cel. A  Ty nie możesz nic, absolutnie nic zrobić. W takich chwilach, gdy Alek gdzieś znikał, siedziałam wtulona w Michała, który starał się mnie uspokoić głaszcząc po głowie. Wojna... ona jest okropna. To nie jest tak, że to tylko bohaterskie czyny. Tutaj giną ludzie, tutaj pełno łez, bólu, cierpienia, strachu. Ale jest i odwaga, adrenalina. Człowiek potrzebuje kogoś, kto pocieszy, przytuli, kogoś kto odgoni strach. Potrzebują siebie nawzajem, i to ich zbliża. 
 ***
Wstałam, nieco obolała. Wyjęłam z plecaka, który służył mi za poduszkę, czarny długopis i starannie zamalowałam Polskę Walczącą. Kobiecym sposobem zmieniłam koszulkę nie pokazując stanika.  Bułkę otrzymaną od chłopaków włożyłam do plecaka. Prawie pustą butelkę napełniłam wodą z kranu. 
- Nie uda nam się. Nie trafimy. Zajebią nas. - Zaczął marudzić Michał. Podeszłam do niego i przytuliłam
- Słuchaj, damy radę, rozumiesz? Przeżyjemy! Kurwa, wywalczymy sobie nawet pierdoloną wolność. Ja w to wierzę, ty też musisz. Nie będzie dobrze, ale będzie lepiej. Cholera jasna, skopiemy tyłki tym szkopom, ruskim też!
- Talia ma rację. - przyznał Alek. Uśmiechnęłam się triumfalnie. 
Gdy zniknął za drzwiami, wspięłam się na palce i pocałowałam Michała w policzek. 
- Damy radę. Razem. - Szepnęłam. Na jego twarzy pojawił się blady uśmiech. Pociągnęłam chłopaka do wyjścia.

Z perspektywy Liv:

Na wielkim, drewnianym stole leżały sterty map, które pokreślone były atramentem. Każda siedziba Gestapo zaznaczona była wielkim krzyżykiem, natomiast najczęściej patrolowane przez szpiegów ulice oznaczone zostały literą "S". We wszystko wprowadził mnie Adam razem z Pigułą. Piguła była jedyną kobietą w oddziale. Tak naprawdę miała na imię Anna i zanim wybuchła wojna, pracowała jako pielęgniarka w warszawskim szpitalu. Dołączyła do ruchu oporu parę dni po tym, jak na własne oczy przekonała się o okrucieństwie metod stosowanych przez okupantów. Poza nią i Adamem było jeszcze trzech licealistów i dwóch studentów. Reszta, jak się dowiedziałam, znajdowała się w Gdańsku z misją specjalną, której szczegółów nie chcieli zdradzić.
-Kto pełni dzisiaj wartę?-Zapytał Tomek, wyglądając przez szpary w zabitym deskami oknie. Czarnowłosy był najstarszy i pełnił rolę przywódcy. To on zezwalał na przeprowadzenie jakiejkolwiek akcji i odpowiadał za bezpieczeństwo dokumentów. Gdyby znalazły się one w rękach wroga, prawdopodobnie każdy z tutaj obecnych, trafiłby do obozu. Dlatego właśnie wprowadzone zostały warty. W razie niebezpieczeństwa, obecni na posterunku mogli zniszczyć obciążające dokumenty. 
-Ja i Adam-Odezwał się jeden z licealistów. 
-Dobrze, w takim razie uważajcie na siebie, a reszta niech idzie do domu. Tylko nie dajcie się złapać!-Po chwili zastanowienia przywołał mnie do siebie.
-Liwia, jeśli naprawdę chcesz dołączyć do nas, muszę cię sprawdzić. Zostaniesz dzisiaj z chłopakami. Chyba nie masz żadnych planów?
- Zostanę!-Ucieszyłam się, bo to rozwiązało część moich problemów. Nie musiałam szukać miejsca na nocleg. Parę godzin później, zapadł zmrok. Zapaliliśmy kilka świec, żeby cokolwiek widzieć, a przy tym nie zwracać uwagi zbyt mocnym światłem. Zapowiadała się długa, bezsenna noc.Usadowiłam się wygodnie w kącie, skąd miałam doskonały widok na resztę pomieszczenia. 
-Prześpij się. Wyglądasz na zmęczoną, a poza tym i tak nigdy nic się nie dzieję. To trochę wyludniona okolica i nikt się tu nie kręci po zmroku.-Kiwnęłam twierdząco głową i uśmiechnęłam się z wdzięcznością. Marzyłam o śnie. 
-Obudźcie mnie, jak będę wam potrzebna.- Nie pamiętam czy cokolwiek odpowiedzieli, ponieważ natychmiast zasnęłam.  
***
-Liwia! Obudź się!- Blondyn o imieniu Bartek, potrząsał mocno moim ramieniem. Na jego twarzy gościło przerażenie. Podniosłam się szybko, nie mając pojęcia o co chodzi.
-Mają nas!
-Co!?-Wbiłam wzrok w Adma.
-Jak to co!? Tu nie ma nic do nierozumienia! Ktoś puścił farbę, więc przyszli tu po nas!- Zirytował się Bartek.
-Ale kto to zrobił?-Nie mogłam uwierzyć w to co usłyszałam.
-Nie wiem! To mógł być każdy...
-To nie czas na pogaduszki do jasnej cholery! Zaraz rozwalą drzwi i nas zabiją, a mamy jeszcze robotę do wykonania!- Chłopak miał rację.
-Aufmachen!*- Krzyknął ktoś po niemiecku i zaczął walić pięścią w drzwi. Zawtórowało mu kilka innych głosów. Wyrwało mnie to z otępienia i podbiegłam do stołu. Strąciłam wszystkie papiery na ziemię i zabrałam się za opróżnianie szuflad. Moi towarzysze gapili się na mnie ze zdziwieniem, kiedy na samym środku zgromadziłam wszystkie niebezpieczne dowody. Drżącymi dłońmi odpaliłam jednocześnie dwie zapałki rzucając je w kierunku wielkiej sterty. To samo uczyniłam z całym pudełkiem. Wystarczyło zaledwie parę minut, aby gromadzone przez miesiąc akta, plany, mapy i inne materiały tego typu zajęły się ogniem. Adam poklepał mnie po plecach z uznaniem. 
-Uciekniemy przez okno! Musicie tylko oderwać jakoś te kawałki drewna! Ja spróbuję ich jakoś zatrzymać.-Brunet natychmiast znalazł się przy drzwiach, usiłując blokować je własnym ciężarem. Niebieskooki wyciągnął śrubokręt z zamiarem obluzowania śrub. Uwijał się z tym tak szybko, jak tylko potrafił. Natomiast ja próbowałam za wszelką cenę oderwać deski. Zdawało mi się, że to wszystko trwa wieki, a przecież dla nas cenna była każda sekunda. Właśnie pozbyliśmy się ostatniej deski, kiedy rozległa się seria strzałów. Ze strachem spojrzałam na Adama, który zgiął się w pół. Jego koszula miejscami przybrała czerwony kolor, a po dłoniach przyciśniętych do brzucha, spływała krew. 
-Adam!-Wrzasnęłam, a po policzkach popłynęły mi łzy. Chłopak uśmiechnął się do mnie i upadł na kolana. 
-Liwia, musimy się stąd wynieść...
-Ja nigdzie nie idę! Nie możemy go tak zostawić!- Wydarłam się na stojącego obok mnie Bartka.
-Liv, uciekaj. Nie przejmują się mną.-Wyszeptał brązowooki i wykrzywił się z bólu.
-Nie!
-Bartek, zabierz ją.- Tamten, pomimo moich protestów, wziął mnie na ręce i przerzucił przez okno, ponieważ szyba już dawno została wybita. Po raz drugi tego dnia musiałam przeżyć zderzenie z  twardą powierzchnią. Następnie sam się wydostał i pomógł mi wstać. Zaczęliśmy biec w bliżej nieokreślonym kierunku, cierpiąc z powodu utraty przyjaciela.

* z niemieckiego - otwierać
 

środa, 1 maja 2013

Part tri, czyli jak niemożliwe staje się możliwe


Oczami Talii


Mieszkanie, które znalazłyśmy było całkiem fajne. Miało w sobie duszę, klimat, wszystko. Stare sprzęty użytku codziennego ani trochę mnie nie zniechęciły. Kto wie, co ciekawego pamiętają? W poszukiwaniu czegoś niezwykłego zaczęłam przeglądaćwszystkie szafki. Poza sztućcami, zastawą stołową -o ile można tak nazwać dwa talerze, trzy kubki i miskę- znalazłam jeszcze plan miasta.
- Liv, patrz, nie zgubimy się! - Wrzasnęłam, machając jej znaleziskiem przed nosem - Pójdę się trochę zorientować, trzymaj się! - Ostatnie słowa wypowiedziałam tak szybko, jak tylko mogłam. Nie czekając na odpowiedź opuściłam mieszkanie.
Zatrzymałam się dopiero na chodniku. Rozłożyłam plan miasta. Jak się okazało, cały był poznaczony czerwonymi kropkami? 'Rainbow’ ‘Chata Barbie’ ‘HH’ ‘Dom Seby’ – głosiły podpisy. Potem nad tym pomyślę.
Zagadkowa mapa wylądowała w kieszeni, a wzrok – na budynkach po przeciwnej stronie ulicy.‘Magic Shop’ głosił wszem i wobec szyld z białym królikiem wyskakującym z cylindra. Bez zastanowienia ruszyłam w tamtą stronę.
Na oknie przyklejono kartkę informującą, że poszukują kogoś na kasę. Pieniądze by sięprzydały, nie zostało nam wiele po zakupie mieszkania. Pchnęłam drzwi i weszłam do sklepu. Przy ladzie gawędziło dwóch mężczyzn w średnim wieku.
- Panienka co sobie życzy? – Zapytał po angielsku.
- Ja… w sprawie… - wydukałam, usiłując przypomnieć sobie jak jest ‘ogłoszenie’.
- Pracy? Proszęchwilę poczekać. – Odparł i zniknął za granatową zasłoną. Nie za bardzo wiedząc co robić, po prostu stałam w miejscu. Drugi mężczyzna, wciąż siedząc za ladąbawił się jakimiś zegarkami. Po chwili podniósł na mnie wzrok.
- Zapewne chciałabyś poznać swoich idoli, co? – Zagadnął, wskazując koszulkę z Beatlesami. Zdążyłam się przebrać jeszcze w samolocie.
- To nie możliwe– odpowiedziałam.
- Tak? Wszystko jest możliwe. – Zaczął słowną utarczkę.
- Ale nie podróż w czasie i wskrzeszanie zmarłych
-Wskrzeszanie faktycznie, może i jest, ale czas... – Przerwał, i podał mi dwa, czarne zegarki oraz złożoną kartkę, po czym wyszedł ze sklepu. Po raz kolejny nie rozumiałam sytuacji, więc po prostu włożyłam „prezent” do kieszeni.
- O, mam to!– zza zasłony wyłonił się pracodawca, i podał mi kilka małych paczuszek. Narkotyki? – Czerwone to chmura gazu pieprzowego, zielone – smród, a szare –dym. Przydadzą ci się. Jutro o dziewiątej. Do zobaczenia! – Powiedział , po czym praktycznie wywaliłmnie ze sklepu.
Za choleręnie ogarniałam, o co biega, a cała ochota na włóczenie się po nieznanym mieście jakoś mi przeszła. Plan pełen dziwnych podpisów, Dziadek-Zegarmistrz zdrowo pierdolnięty na umyśle, i jeszcze te dziwne paczuszki.
Czując sięjakby ktoś wyprał mi mózg, wróciłam do mieszkania.

Z perspektywy Liv:

Zamknęłam drzwi na klucz po wyjściu Talii. Lepiej nie ryzykować, bo ta dzielnica do najbezpieczniejszych nie należy. Westchnęłam i przebrałam się w wygodne ciuchy, z zamiarem wysprzątania mieszkania. Co prawda wystarczyło tylko zetrzeć kurze i pozamiatać, ale w końcu i tak nie miałam nic lepszego do roboty. W łazience, pod umywalką znalazłam środki czystości, a za ścierkę posłużyły mi papierowe ręczniki. Nucąc pod nosem Autobiografię, zabrałam się do pracy. Zdecydowanie będzie mi brakowało polskich utworów, które w ojczystym kraju, można było nawet od czasu do czasu usłyszeć w radiu. Na szczęście mebli nie było dużo, więc uporałam się z porządkami w dość krótkim czasie. Zadowolona z siebie, wygrzebałam swoją MP3. Kiedy wreszcie udało mi się rozplątać złośliwe słuchawki, rozległo się pukanie. Doszłam do wniosku, że to moja współlokatorka, ponieważ nikogo innego tu nie znałyśmy. Otworzyłam drzwi.

-Hej!-Krzyknął chłopiec, wyglądający najwyżej na ucznia podstawówki. Ubrany był w jeansy i zwykły granatowy podkoszulek.
-Hej... Jeśli zbierasz jakieś pieniądze...- Przerwał mi szczery śmiech malca. Zmarszczyłam czoło, zastanawiając się czego może chcieć.
-Nie jesteś amerykanką, prawda? Tak śmiesznie mówisz!-Dodał po chwili.
-Nie, jestem polką.
-Fajnie! Nie spotkałem jeszcze nikogo z tego kraju. Mieszkasz tu sama? Ja bym się bał, bo przed tobą była tu taka dziwna pani. Nie lubiłem jej.- Naprawdę zaczynało mnie to wkurzać. Nie miałam pojęcia co jest grane.
-Słuchaj mały, nie wiem o co ci chodzi...-Przerwał mi po raz kolejny w połowie zdania.
-Mama mnie tu przysłała! Wiesz, ona pracuje w tym klubie na dole i dowiedziała się, że pani Jane sprzedała mieszkanie. Poprosiła, żebym sprawdził kto jest naszymi nowymi sąsiadami. Będzie szczęśliwa, bo bardzo nie chciała znosić następnych staruszków. W nocy jest tu bardzo głośno i ciągle tylko by się skarżyli!-Popatrzyłam z uznaniem na chłopca, który wypowiadał każde zdanie z prędkością światła.
-To paa!-Pomachał mi i zbiegł na dół po schodach. Cóż, jak widać trafiłyśmy na całkiem ciekawe sąsiedztwo. Z tego wszystkiego rozbolała mnie głowa. Na próżno przetrząsnęłam cały swój plecak i szafki w poszukiwaniu tabletek. Zrezygnowana opadłam na łóżko, czekając na powrót Talii.

 

sobota, 20 kwietnia 2013

Part tu, czyli smak wolności


Z perspektywy Talii 

Do miasta aniołów dotarłyśmy jakoś przed świtem. Wyszłyśmy przed budynek lotniska i natychmiast zaczęłyśmy trząść się z zimna. Noce są chłodne, a słońce jeszcze nie wzeszło. Stanęłyśmy na środku chodnika, nie bardzo wiedząc co  mamy zrobić. Dwie, prawie wcale nie znające się dziewczyny, z wielkimi marzeniami,  postanowiły uciec do Los Angeles, bo naczytały się opowiadań. Postawiłyśmy wszystko na jedną kartę.
A skoro tak, to musimy z niej wycisnąć ile się da.
- Pasowałoby gdzieś iść - Stwierdziła odkrywczo Liv szczękając zębami.
- W filmach zawsze idą na zachód, to my chodźmy na wschód! - Odparłam. Gdzieś na horyzoncie niebo przybierało czerwonawy kolor, więc ruszyłam właśnie w tamtą stronę. Kochane słoneczko doprowadziło nas do słynnego wzgórza z napisem Hollywood. Rozsiadłyśmy się wygodnie w wielkim 'd'.  Tak, z dołu wygląda na płaskie, ale wcale takie nie jest*.
  - Zdajesz sobie sprawę, co zrobiłyśmy? - Zapytała Liv, spoglądając na Los Angeles. Ten widok był epicki. Miasto ciągnęło się po horyzont, gdzieś w oddali majaczyło kilka wieżowców. Po prawej jakiś większy zbiornik wodny.
- Popatrz. - Kontynuowała moja towarzyszka włóczęgi - Przeleciałyśmy tysiące kilometrów. Zostawiłyśmy za sobą wszystko. Jesteśmy wolne jak wiatr. Możemy robić co chcemy. Nikt nam nie zabroni. Ba, nie wiemy nawet gdzie jest spożywczy, nie mamy gdzie spać. Ale jesteśmy wolne. Rozumiesz?
- Wiem - Odparłam. - Jesteśmy wolne.
To cudowne uczucie.  Całe życie, od małego, ktoś mnie kontrolował. Chodziłam jak  zegarku, na wszystko był ściśle wyznaczony czas. Wszystkim rządziły zasady, które z czasem nauczyłam się omijać.
I teraz te zasady znikły. Już ich nie było.
- Możemy zrobić wszystko. Rozumiesz? - Powiedzieć że byłam  podekscytowana, to mało.
- Chodźmy gdzieś! - Zarządziła Liv. Zerwałam się na równe nogi.
I właśnie w tym momencie odezwał się jej brzuch,  domagając jedzenia.
- Ale najpierw coś zjedzmy - Stwierdziłam, wyciągając z plecaka bułki zakupione jeszcze w Polsce.

Z perspektywy Liv:


Kiedy znudziło nam się siedzenie pod znakiem Hollywood i zajadanie bułek, wybrałyśmy się do miasta. Było jeszcze za wcześnie na zwiedzanie, więc ten punkt odłożyłyśmy na później. Byłam strasznie podekscytowana. To miasto nas nie znało, natomiast my, wiedziałyśmy o nim wszystko co istotne. Tylko jedna myśl ciągle nie dawała mi spokoju. Na chwilę obecną byłyśmy bezdomne. Dotarłyśmy do jakiegoś niewielkiego parku i postanowiłyśmy odpocząć. Oprócz nas był tutaj jeszcze mężczyzna, i prawdopodobnie jego córka. Przyglądałam się im z uśmiechem na ustach, mimo że takie widoki bolały mnie najbardziej. Każdego wieczoru próbowałam przypomnieć sobie jak wyglądają moi rodzice, ale też zastanawiałam się, dlaczego mnie nie chcieli. Jednak moje wysiłki zawsze szły na marne. Teraz jest to dla mnie nieważne. Liczy się tylko to, że jestem tu i teraz, w Mieście Aniołów i nikt nie może mnie kontrolować. Wszystko mogę zacząć od nowa. Spojrzałam na Talię, która od tej chwili była moją jedyną rodziną. My, dwie uciekinierki z Polski, przeciw całemu miastu w którym roiło się od niebezpieczeństw.

-Musimy znaleźć jakieś mieszkanie, albo chociaż pokój do wynajęcia!- Powiedziała Talia wgapiając  się w jakiś odległy punkt. Skinęłam twierdząco głową. Nie satysfakcjonowała mnie perspektywa nocowania pod gołym niebem do końca życia. Niechętnie podniosłyśmy się z ławki. Na szczęście  nie musiałyśmy długo szukać. Ktoś zostawił dzisiejszą gazetę na przystanku autobusowym, więc natychmiast zabrałyśmy się za przeglądanie ofert. Było ich wiele, ale niestety w znacznej części nie na nasze możliwości. Nie dysponowałyśmy zbyt wielką gotówką i dotarło do nas, że nie będzie tak łatwo jak myślałyśmy. Prawie straciłam nadzieję, kiedy nagle moja towarzyszka krzyknęła radośnie

-Liv! Jest mieszkanie nad Rainbow! W dodatku całkiem tanie!- Wyciągnęłam z plecaka długopis i na dłoni zapisałam podany numer telefonu. Czyli jednak szczęście jest po naszej stronie. Wygrzebałam z kieszeni parę drobniaków i udałam się do budki telefonicznej, z której w dzisiejszych czasach nikt już nie korzysta. Zacisnęłam dłoń na słuchawce, modląc się w duchu, aby ogłoszenie było aktualne. Po drugiej stronie odezwał się kobiecy głos. Na początku trochę się jąkałam i popełniłam kilka błędów gramatycznych, ale po chwili rozmowa w języku angielskim nie sprawiała mi już trudności. Jane, bo tak nazywała się właścicielka, pozwoliła nam zobaczyć mieszkanie za piętnaście minut, więc miałyśmy trochę czasu, aby ustalić jego lokalizację. Punktualnie o godzinie dwunastej, zapukałyśmy do drzwi. Klub o tej porze był jeszcze zamknięty, więc było stosunkowo cicho. W progu stanęła kobieta po pięćdziesiątce i zaprosiła nas do środka. Przybudówka nie był duża, ale przytulna. Składała się z jednego dużego pokoju, kuchni i łazienki. Meble i pozostałe sprzęty takie jak pralka czy lodówka, lata świetności miały już dawno za sobą, ale ciągle nadawały się do użytku. Dwa łóżka musiały zostać zakupione niedawno, ponieważ wyraźnie odcinały się od wystroju.

-I jak? Podoba się wam?-Zagadnęła starsza pani.

-Bardzo-Odpowiedziałyśmy zgodnie z prawdą. Wpłaciłyśmy jej ustaloną kwotę, wchodząc w posiadanie własnego lokum.

-Och! Prawie zapomniałam!-Jane zatrzymała się na klatce schodowej i przekazała Talii klucze –Uważajcie na siebie. Mam nadzieję, że dobrze będzie się wam tu mieszkało. W nocy czasami jest tu bardzo głośno, ale przyzwyczaicie się. Do widzenia.- Brunetka zamknęła za nią drzwi i znowu zostałyśmy same.



*Tak na prawdę to jest płaskie, ale czego się nie zmienia na potrzeby opowiadania?

niedziela, 7 kwietnia 2013

Part łan, czyli wcielamy plan w życie

  Panienki Bad-Apple i Danny pragną zaprezentować schizowe, demoralizujące młodzież opowiadanie o spełnianu marzeń, niewyobrażalnym pechu, skrajnym szczęściu i zajebistej przyjaźni dwóch dziewczczyn, które nie znają słowa 'ale'


  Oczami Talii
Usiadłam na łóżku, wzięłam laptopa na kolana i otworzyłam przeglądarkę.  Trzy karty, jedna z muzyką, druga z czatem i ostatnia z Blogowiskiem. Blogowisko to nic innego jak zwykła strona, na której każdy może prowadzić swój pamiętnik i udostępniać innym. Kiedy jest źle -czyli zawsze- uciekam do własnego świata, który mam właśnie tam. Moje małe sanktuarium.  Każdy może je odwiedzić,  zobaczyć co i jak, zostawić komentarz, jednak ono dalej jest moją własnością. Jestem panią tej malutkiej krainy, w której nie ma ani nadopiekuńczych rodziców, ani brata. Są za to inni tacy jak ja. 
   Na przykład Liv. Wiem o niej tyle, że jest taka jak ja. Chce uciec, chce żyć, chce posmakować wolności. Skoro obie pragniemy tego samego, to możemy zrobić to razem, nie? Właśnie tak powstał nasz szatański plan, który zamierzamy wcielić w życie jutro. 

Mrs.Talia:   
To już jutro XD



Liv666:
Wiem, nie mogę się doczekać :D
Znasz adres? 

Mrs.Talia:
Spoko, pamiętam.
Ostróda, Krzemionki 28

Liv666:
Muszę lecieć. 
Do jutra.

    Spojrzałam na plecak, stojący koło biurka. Był spakowany od jakiegoś czasu. Zamknęłam malutki laptop, nie większy od zeszytu A5, i włożyłam do trzech foliowych torebek, i dopiero potem do plecaka. Nie mogłam pozwolić, żeby coś mu się stało, a tym bardziej zostawić tutaj. Sama go skonstruowałam, to raz, dwa,  były tam zapisy rozmów z Liv, zdjęcia, i cała masa rzeczy które NIE MOGŁY ujrzeć światła dziennego.
Zegarek wskazywał 21:30, a kalendarz 1 maja. Tak, to jutro. Trzeba iść spać. Przebrałam się w piżamę i wskoczyłam pod kołdrę. 
    Wstałam dosyć rano, bo około godziny szóstej. Drugi maj, weekend, a ja na nogach od świtu, ale to szczegół. Wywaliłam z plecaka wszystkie rzeczy. Komputer, ładowarka, czarne trampki, kilka bluzek, dwie pary spodni, jedna spódnica i sukienka, ramoneska, bielizna. Te rzeczy, wraz z 'Wampirem z M3' Pilipiuka trafiły do dużej kieszeni, upchnięte gdzieś na dnie. Na wierzch poszła kurtka przeciwdeszczowa, grubaśny zeszyt i długopis, z ołówkiem i temperówką. Otworzyłam okno, wyjebałam kołdrę i poduszkę, a na nie plecak. Upchnęłam trochę pieniędzy w kieszeniach, a resztę do stanika. Konkretniej, miałam jeden jedyny stanik 'Pusz ap' z którego wyjęłam te żałosne poduszeczki i zamiast nich włożyłam banknoty. Dzięki luźnej koszulce z Ramones, nie sposób było cokolwiek zauważyć. Narzuciłam jeszcze jeansową kurtałkę, założyłam czarne szorty i zawiązałam swoje ukochane, ukrywane w szafie 'Rumunki'. Rumuńskie buty robotnicze, bo tak brzmi pełna nazwa, miały w sobie wkładkę utrzymującą temperaturę i wyglądały jak glany.

   Zeszłam na dół. Matka siedziała w salonie, chrupiąc bułkę.
    - Mamo, biorę dychę i idę do sklepu po bułki! - krzyknęłam, przebiegając do kuchni. Wyjęłam ze słoika z drobniakami dwie pięciozłotówki, po czym ukradkiem wyszłam.
Pod oknem mojego pokoju leżał stos pościeli, a na nim spoczywał plecak. Bagaż biorę, pościel może zostać. I tak była tylko po to, żeby nic mu się nie stało. Skierowałam się w stronę płotu oddzielającego nas od pustej działki. Wlazłam na dąb, zeskoczyłam i oto byłam po drugiej stronie.
   Wolność.
    Uśmiechnięta, ruszyłam w stronę sklepu. Kupiłam coś koło 10 bułek, butelkę frugo i wodę 0,7. Teraz trzeba się pożegnać. Udałam się na najbliższą plażę, gdzie przywitała mnie morska bryza. Usiadłam na piasku, zjadłam dwie bułki i popiłam frugo. Wyjęłam z plecaka notes wraz z długopisem. Wyrwałam jedną kartkę, na której napisałam 'Żegnaj' i włożyłam do butelki. Podeszłam kawałek do molo. Wychyliłam się przez barierkę.
    - Pa pa – szepnęłam. Już nic mnie tu nie trzymało. Z dziarskim uśmiechem zawędrowałam na peron gdzie kupiłam bilet na najbliższy pociąg do Ostródy.
   W przedziale byłam samiuteńka. Te półtorej godziny, 194 kilometry, minęły jak z bicza strzelił. Na dziewiątą byłam na miejscu. Wyszłam na stację. Zgodnie z instrukcjami Liv, szłam koło parku, minęłam szkołę i oto stałam przed jej domem. Zapukałam.

Z perspektywy Liv
Rozległo się głośne pukanie. Kogo do cholery, niesie o tej porze? Otworzyłam niechętnie, zaspane oczy i spojrzałam na zegarek. To niemożliwe! Wyskoczyłam z łóżka i rzuciłam się biegiem w kierunku drzwi. Dzięki Bogu, klucze były w zamku i nie musiałam ich szukać. W progu stała dziewczyna, ubrana w koszulkę Ramones, jeansową kurtkę i czarne szorty. Chwilę wpatrywałyśmy się w siebie, nie wiedząc co powiedzieć. Nie mogłam uwierzyć, że to dzieję się naprawdę. Po tylu rozmowach, wreszcie możemy zobaczyć się na żywo. Na mojej twarzy, mimowolnie pojawił się uśmiech. Nagle uświadomiłam sobie, że przecież jestem w piżamie.
-Zaczekasz chwilę?-Talia kiwnęła twierdząco głową. Wpuściłam ją do środka, po drodze zabierając ubrania. Zamknęłam się w małym pomieszczeniu, zawanym łazienką. Skrzywiłam się, widząc swoje odbicie w lustrze. Blond włosy, sterczące w każdą możliwą stronę oraz rozmazana kredka do oczu, prezentowały się koszmarnie. Związałam swoje kłaki w koński ogon i po zmyciu starego makijażu, zrobiłam nowy. No, teraz już lepiej. Naciągnęłam na siebie popielate rurki z rozdarciami na kolanach i czarny, obszerny podkoszulek z jęzorem Stones'ów. Całości dopełniła bandana na nadgarstku i czerwone trampki.
-OK, możemy iść!- Krzyknęłam wychodząc. Chwyciłam swój stary plecak, wypchany do reszty i rozejrzałam się po pokoju. Westchnęłam głośno, wiedząc, że muszę go opuścić. Całkiem inaczej się o tym myślało, chciałam tego, a teraz, gdy stałam przed faktem dokonanym, nie jestem pewna. Jednak jest już za późno, nie ma odwrotu. Ze skrytki, pod doczniczką z krakowiakami, wyciągnęłam sporą sumę nagromadzonych pieniędzy. Zbierałam je od dziecka, z myślą o ucieczce. Kiedy wyszłyśmy, schowałam klucze pod wycieraczką i przykleiłam kartkę do drzwi. Zwykł list pożegnalny, dla mojej wspólokatorki. Nic wielkiego. Słońce grzało niemiłosiernie i zaczęłam żałować, że założyłam długie spodnie. Czekała  nas jeszcze podróż do stolicy, na lotnisko. Wsiadłyśmy do pociągu, ale niestety nie było ani jednego wolnego miejsca. Przygniecione do ściany przez innych pasażerów, odliczałyśmy z niecierpliwośćią czas. Zabawne, że przez pół dnia, nie udało nam się przeprowadzić normalnej rozmowy. Kiedy wreszcie, naszym oczom ukazał się peron, z tabliczką na której widniał napis Warszawa, zaczęłyśmy się przepychać w stronę wyjścia.
-Liv...-Odezwała się Talia z lekkim przerażeniem w głosie.
-O co chodzi?
-Jeśli za chwilę nie staniemy w kolejce do odprawy, spierdoli nam samolot!-Wrzasnęła, co w tej sytuacji, uznałam za słuszne. Pognałyśmy w kierunku postoju taksówek. Wsiadłyśmy do jednej i jednocześnie krzyknęłyśmy-Lotnisko!- Kierowca mruknął coś pod nosem, o niewychowanej młodzieży i odpalił silnik. W ostatniej chwili, dotarłyśmy na miejsce. Zaliczyłyśmy odprawę bez problemów. Teraz, kiedy siedziałyśmy w wygodnych fotelach, wzbijając się w przestworza, dotarło do nas, że jesteśmy wolne. Zrobiłyśmy coś, o czym marzy większoć nastolatków, ale nie mają odwagi wprowadzić planu w życie. My tego dokonałyśmy. Spieprzyłyśmy do Los Angeles, nie znając tam kompletnie nikogo, nie mając gdzie mieszkać. Tylko, że to się nie liczy. Osiągnęłyśmy swego rodzaju sukces. 2 maja 2012 roku, spełniłyśmy jedno ze swoich największych marzeń.